piątek, 16 maja 2014

Rozdział II. Talon

Dokładnie słyszał całą pogoń.
Zaczęło się dosyć niewinnie - od krótkiego warknięcia „Hej!” - i błyskawicznie przerodziło w długą, przerywaną tylko twardymi stąpnięciami ciężkich butów oraz okazjonalnymi krzykami, gonitwę. Większości nie mógł jednak dojrzeć oczami. Troje uczestników biegu znajdowało się jeszcze wtedy w miejscu znajdującym się daleko poza jego zasięgiem. Dopiero końcowa sekwencja nieszczęśliwej dla jednego z nich akcji wydarzyła się na ulicy, jaką obserwował. Krwawa sekwencja, warto by dodać.
Goniony chłopak nie mógł mieć więcej niż kilkanaście lat. Wysoki, chudy, przyzwyczajony do dramatycznych, nagłych pościgów, niewątpliwie szybszy od ludzi, przed którymi uciekał. Bez wątpienia wygrałby krótki maraton, gdyby nie zgubiła go rzecz, jakiej brakowało większości mieszkańcom tej dzielnicy – pieniądz. A konkretniej kilka monet na buty, bo - sądząc po ciemnych śladach zostawianych na ziemi przez stopy – na pewno nie miał ich na nogach. Musiał zedrzeć sobie podeszwy do krwi i w końcu, przegrany, potknął się i runął jak długi tuż przed drzwiami jednego z domów naprzeciwko.
Już po chwili dopadła do niego dwójka zdyszanych krępych mężczyzn, pochwyciła sprawnie dzieciaka, choć ten walczył niczym wojownik, a jeden z nich uderzył go pięścią w twarz, żeby przestał się miotać. Cios poskutkował, bo niedoszły uciekinier oklapł i pozwolił robić ze sobą, co tylko chcieli, a niewątpliwie chcieli dużo, sądząc po wściekłości wymalowanej na ich twarzach.
- Próbowałeś nas okraść?! – wrzasnął pierwszy , dociskając bezwładne ciało nastolatka do ściany. – Nas?! Pieprzony smarkaczu, już my cię nauczymy dobrych manier!
Puścił go, a nieszczęśnik opadł na nogi i zachwiał się, na co drugi odpowiedział potężnym trafieniem w brzuch, które ostatecznie powaliło chłopaka na kolana. Wtedy oboje wyciągnęli z pasów drewniane pałki i zaczęli systematycznie okładać skulonego złodzieja po plecach. Wystarczyło zaledwie kilka ciosów, by ten rozpłaszczył się na ziemi, jednak to nie zmniejszyło zapału rozwścieczonych oprawców. Wciąż regularnie bili, wywołując raz za razem przytłumione jęki rozpaczy. Kiedy okładanie dzieciaka po grzbiecie im się znudziło, przesunęli się kawałek dalej i poczęli uderzać w nogi. Tutaj okrzyki bólu okazały się znacznie głośniejsze. Prawdopodobnie każde z silnych trafień łamało kruche kości, a że było ich od groma, to chłopak z pewnością już nigdy nie będzie mógł chodzić, nawet jeśli dzisiaj uda mu się przeżyć. Na co się, zresztą, nie zanosiło.
W końcu bandyci opadli z sił. Dysząc ciężko, otarli mokre od potu czoła i schowali zakrwawione pałki na swoje miejsca.
- Co z nim zrobimy? – zapytał drugi, przygniatając złodzieja butem, gdy ten spróbował odczołgać się od nich przy użyciu resztek pozostałych sił.
Pierwszy rozejrzał się uważnie wokół, zatrzymując wzrok na dłużej na karczmie nieopodal i wskazał palcem w tamtym kierunku.
- Powieśmy go obok drzwi do chlejbudy Kerseya. Niech Kurwiarz pamięta, że Nietoperzy się nie okrada!
- Ale to przecież nie tam napadł na nas ten gnojek – wtrącił drugi, a jego towarzysz chwycił nastolatka za kark i rzucił go na ziemię kilka metrów dalej, w stronę wspomnianej karczmy. Kiedy ofiara usłyszała, co zamierzają z nią zrobić, zaczęła jęczeć i błagać o litość, jednak nieugięty przestępca kopnął ją tylko w twarz od niechcenia.
- A kogo to obchodzi – mruknął. – Nie ma żadnej cholernej różnicy, gdzie próbował to zrobić, a jeśli powiesimy go przy karczmie, to szef jeszcze rzuci nam sakiewki, zobaczysz.
Mężczyzna uśmiechnął się głupkowato, słysząc odpowiedź  - najprawdopodobniej na znak zrozumienia - po czym dołączył do znajomego, by wspólnie przenieść nastolatka we wskazane miejsce. Chłopak nie był w stanie ustać na połamanych w niezliczonej liczbie punktów nogach, dlatego śmiejąc się, podnosili go i rzucali do przodu, kawałek po kawałku. Zatrzymali się dopiero przy wejściu do karczmy, gdzie drugi przytrzymał złodzieja przy ścianie, podczas gdy pierwszy wyciągał gwoździe z tablicy ogłoszeniowej.
Jako młotka użył rękojeści sztyletu. Przybił ofiarę przy użyciu zaledwie dwóch gwoździ przeznaczonych na obie dłoni ułożone wystarczająco wysoko, żeby zwisał bezwładnie bez szansy na wydostanie się o własnych siłach. Tymczasem jego towarzysz skupił się na tłumieniu wrzasków chłopaka rękawicą i podtrzymywaniu ciała przez zakończeniem krótkiej egzekucji.
- Wyrwij mu język – polecił pierwszy – coby się nie darł jak baba.
Nastolatek zaczął gwałtownie kręcić głową, ale było już za późno. Drugi bezceremonialnie wepchnął rękę do ust nieszczęśnika i po chwili wyciągnął ją na zewnątrz z wyrazem triumfu wymalowanym na twarzy. Obserwator nie mógł dojrzeć rzeczy wyrzuconej przez niego na ziemię, jednak nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.
Zanim odeszli, mężczyzna ze sztyletem przejechał jeszcze po piersi chłopaka, zostawiając długą, głęboką linię, która ostatecznie przesądzała o losie niewprawnego złodziejaszka. Nawet jeśli wcześniejsze rany pozwoliłyby mu jakimś cudem przeżyć, teraz wszystko się wyjaśniło. Dzieciak nie dotrwa do świtu – umrze z powodu obrażeń, upływu krwi albo wycieńczenia organizmu, jednak efekt będzie taki sam. Spazmy, wstrząsające ciało ukrzyżowanego, mówiły same za siebie.
Przez cały ten czas obserwator sceny ani drgnął. Spokojne, choć uważne i bystre oczy przesuwały się tylko na boki, by nadążyć za zmieniającymi co chwilę położenie sylwetkami, podczas gdy korpus ciągle pozostawał na swoim miejscu, a ruchy, jakie wykonywał, ograniczały się do procesu oddychania. Pozycja, na której się znajdował, była nie do wykrycia, jeśli tylko nie popełnił głupiego błędu, dlatego siedział cicho w ukryciu i patrzył. Patrzył i zapamiętywał wszystkie szczegóły, które pomogą mu w wykonaniu zadania.
Wcześniej skupił się na działaniach. Dopiero teraz, kiedy akcja zwolniła, mógł przyjrzeć się dwóm brutalom. Choć pora późna, grubo po północy, bez problemu dostrzegał to, co zechciał. Przez lata przyzwyczajał się do ciemności i już od dłuższego czasu czuł się w nich równie swobodnie, o ile nie bardziej, jak w ciągu dnia. Pierwszy z bandytów, bez wątpienia sprytniejszy od towarzysza, okazał się wysoki, jeszcze wyższy od śmiertelnie ranionego chłopaka. Lekko zgarbiony poruszał się niczym kot gotowy skoczyć w każdym momencie na przeciwnika i drapać go aż do krwi. Twarz miał długą i poznaczoną licznymi bliznami, ale obserwator nie skojarzył go z żadnym ze znanych mu przestępców.
Drugi zaś był niższy, szerszy w barach. Sądząc po tym, jak niewiele trudności sprawiło mu rzucanie i podtrzymywanie złodzieja, także siłą przewyższał pierwszego. Mężczyzna ukryty w cieniu nie potrzebował rozmowy, żeby stwierdzić, z kim ma do czynienia. Grubas nie grzeszył inteligencją – typowe mięso armatnie z okrągłą, tępą, wiecznie roześmianą mordą, nie nadające się do niczego innego niż unieruchamianie pryszczatych złodziejaszków. Zapewne był przy okazji równie silny co powolny.
- Żeśmy mu pokazali – zaśmiał się drugi, po tym jak już ustawili się na swojej warcie, po obu stronach drzwi domu naprzeciwko. – Dobry pomysł z tą karczmą. Jak ludzie Kerseya zobaczą, cośmy zrobili z ich klientem, to Kurwiarz obsra gacie i podwoi straże.
- Potroi – stwierdził pierwszy i wyciągnął z kieszeni małe pudełko. – Ale to nic. Poczekaj, aż zobaczysz reakcję Hapfela, kiedy mu o tym powiemy. Chcesz się sztachnąć? – dodał po chwili, wyciągając rękę z przedmiotem w jego stronę.
- A czemu by nie – mruknął, odsunął pokrywę i przejechał palcem po wnętrzu, po czym wtarł proszek w dziąsła. Jego towarzysz zrobił to samo. – Ach, tego mi było trzeba! – Kichnął. – Nietoperze!
- Nie drzyj się, idioto! – skarcił go znajomy, poruszając komicznie żuchwą, by rozprowadzić narkotyk. – Bo szef usłyszy!
Nawet jeśli obserwator wcześniej miał jakieś wątpliwości, to dwójka nowych strażników właśnie mu je rozwiała. Oto przed drzwiami do posiadłości Joffreya Hapfela stali jego ludzie, członkowie organizacji, zwanej Nietoperzami. Nawiasem mówiąc, założonej właśnie przez niego. W tej chwili Nietoperze stanowili trzon przestępczego półświatka Południowej Wyspy. Choć pełne niekompetentnych osób, w niewytłumaczalny sposób błyskawicznie się rozrosły, przejmując kontrolę nad większością nielegalnych interesów w stolicy. Bez wątpienia pomogły im w tym burdel, grabieże, rozboje oraz handel narkotykowy, z którego zresztą Hapfel zasłynął najbardziej.
Jednak nawet biorąc pod uwagę fakt, że większość członków Nietoperzy połowę swojego życia spędzała na haju, nie dało się odmówić organizacji rozmachu. Przestępcy ściągali haracz z wielu budynków, od wielu ludzi, nie tylko tych spod ciemnej gwiazdy. Już na sam dźwięk nazwiska Joffreya niezliczona ilość karczmarzy drżała i lała w spodnie, szykując monety do spłaty długów. Zwłaszcza że jego bandyci porywczości mieli w nadmiarze i niekiedy zdecydowali się coś rozwalić zupełnie bez przyczyny. Coś albo kogoś. Tak więc ambitni przedsiębiorcy szybko nauczyli się ich nie denerwować.
Mimo to posiadłość Hapfela prezentowała się dosyć skromnie. Nie została wybudowana z kamienia, jak te należące do najznakomitszych rodów, ale też nie postawiono jej w całości z drewna. Budynek był przykładem zastosowania popularnej wśród klasy średniej ściany ryglowej, czyli mieszanki gliny, cegieł, gruzu i trzciny. Drewniane elementy stanowiły wyłącznie wykończenia. Co prawda tego typu dom nie wytrzymałby oblężenia, jednak dla kogoś pewnego własnej pozycji, rozsiewającego wokół strach i grozę, z pewnością spełniał swoje zadanie.
Dwójka półgłówków śmiała się coraz głośniej, podczas gdy ciało skatowanego chłopaka przestało już nawet drgać – po prostu zwisało luźno trzymane na wysokości przez przybite do ściany dłonie. Chłopak albo zmarł przed paroma minutami, albo zemdlał wskutek krwawienia i ran. Strażnicy chyba nie zwrócili na to uwagi, sądząc po tym, jak bardzo skupieni byli na opowiadaniu o podbojach seksualnych, które mieli za sobą. Biedni i głupi, nieświadomi sytuacji ani razu nie podnieśli głów w górę, by wytężyć wzrok. Być może wtedy udałoby im się dojrzeć ciemną sylwetkę, kryjącą się na dachu jednego z okolicznych budynków.
Tymczasem Talon patrzył. Patrzył i słuchał, z dnia na dzień coraz bardziej przygotowany do zadania, jakie go czekało. Wkrótce dwójka narkomanów odbędzie ostatnią wartę, podczas której Pazur dosięgnie ich gardeł i ruszy dalej, aż do centrum posiadłości, po najniebezpieczniejszego człowieka w przestępczym półświatku Południowej Wyspy, jak zwykli go nazywać ci lejący po nogach karczmarze.
Wkrótce mężczyzna ukryty w cieniu wyjdzie z ciemności, by odegrać krwawe przedstawienie.

wtorek, 6 maja 2014

Rozdział I. Dart Harfold

Był to jeden z najgorętszych dni tego lata na Południowej Wyspie. Słońce bezlitośnie biczowało ziemię i zebranych na niej ludzi swoimi promieniami, zmuszając co niektórych do opróżniania bukłaka za bukłakiem, byle tylko dostarczyć organizmowi kolejną dawkę wody do wypocenia. Sam Dart Harfold ledwo wytrzymywał nieruchome stanie w szeregach Rady Królewskiej, walcząc z chęcią przywołania jednego ze swoich żołnierzy i poproszenia o coś do picia. Choć i tak miał się lepiej niż stojący obok niego Bird Fortis, który zdążył już chyba pokryć całe odzienie śmierdzącą wilgocią.
Ceremonią pogrzebową kierował oczywiście brat zmarłego Króla, Kaster, zwany Pięknym czy tam Pysznym. Jak zwykle porzucił nawet niepełną zbroję na rzecz wystawnych szat, wyglądając przy tym mniej jak potencjalny władca, a bardziej jak błazen szykujący się do roli życia. Naturalnie, Harfold nigdy mu tego nie powiedział. Tranquil egzystował w błogim poczuciu bycia najprzystojniejszym mężczyzną swoich czasów. I być może spora część kobiet zamieszkujących Południową Wyspę podzielała jego zdanie, ale Dart uważał go wyłącznie za wymuskanego fircyka.
Całość odbywała się na świeżym powietrzu, w miejscu na północ od Zamku. Większość państw preferowała chowanie zmarłych w podziemiach lub w grobowcach, z dala od światła dziennego. Tutaj zwyczaje były nieco inne. Wszyscy władcy Południowej Wyspy spoczęli na wzgórzu nazywanym Ogrodem Zmarłych Królów, gdzie otoczenie nie wprawiało ludzi w ponury nastrój, wręcz przeciwnie – cieszyło oczy i pozwalało wdychać świeże powietrze pełne aromatów setek roślin zarastających okolicę. Dlaczego mieliby pozbawiać ciała swoich bliskich, choćby i puste, takich widoków?
Południowa Wyspa nie przyjęła żadnej religii, nie prowadziła też wobec nich represji ani nie dyskryminowała określonych grup wyznawców, więc pogrzeby wysoko urodzonych były zazwyczaj prowadzone w sposób świecki. Tak się stało i tym razem. Kaster długo przemawiał, wychwalając dokonania Kendriana Pasterza - zwłaszcza słynne Zamknięcie Granic, które bez wątpienia na zawsze zapisze się w dziejach krainy – jednak nie wykonywał przy tym charakterystycznych rytuałów. Ot, wiele patetycznych zdań zwieńczonych tradycyjnym klęknięciem przy leżącym na wystawnym, jeszcze nie zakrytym pokrywą, grobie i ucałowaniem strzępka szaty Króla. Zaś kiedy tylko usta Namiestnika dotknęły materiału, płaczki wybuchły, zalewając ziemię pod sobą dziesiątkami bardziej i mniej wymuszonych łez.
Kaster w końcu powstał, a wtedy szóstka otaczających zwłoki Gwardzistów wraz ze swoim dowódcą, Peterem Seensem, jak na znak wyciągnęła miecze z pochew, wbiła je w ziemię i opierając się na nich, uklękła ze spuszczonymi w dół głowami. Był to symbol oddania i wierności Królowi nawet po śmierci. Chwilę po tym jak świst pierwszych ostrzy ucichł, natychmiast rozległ się kolejny, tym razem z pewnej odległości. Identyczny ruch wykonał bowiem Zakon Krwawych Kołnierzy zaprzysiężony do ochrony władcy oraz jego praw. Ze względu na niezwiązaną z polityką pozycję, nie mogli przebywać kilka metrów od grobu jak Rada bądź Gwardia, ale i tak ustawili się znacznie bliżej niż tłumy mieszkańców przybyłych na ceremonię.
Dart współczuł rycerzom stania w tak nieprzyjaznych warunkach. Mieli na sobie pełne płytowe zbroje z pelerynami, więc musieli się w nich niemiłosiernie pocić. Harfold mógł się założyć, że podlali okoliczną roślinność lepiej niż deszcze z ostatnich kilku tygodni. Niemniej członkostwo w Krwawych Kołnierzach było ogromnym prestiżem przeznaczonym dla najlepszych szermierzy Południowej Wyspy. Dość powiedzieć, że to prawdopodobnie najbardziej bezużyteczne zrzeszenie w całej Andrii – z powodu Zamknięcia Granic nie dane im było walczyć z wrogimi sąsiadami i służyli tylko i wyłącznie jako druga straż – wychowało aż trzech obecnych Gwardzistów Królewskich. Choć zakres obowiązków mieli znacznie okrojony i oprócz wyręczania miejskich żołnierzy niewiele robili, to Dart w gruncie rzeczy nie narzekał – po prostu wykonywali robotę, za którą i tak płacono jemu.
Po rycerskim hołdzie przyszedł czas na oddanie honoru przez Radę Królewską. Szereg ludzi dość szybko przeistoczył się więc w krótki rząd ustawiony w kolejce do grobu Kendriana. Pierwszy wystąpił z niego Bird Fortis i, lekceważąc świeckość ceremonii, uklęknął przy grobie, wymawiając przy tym słowa modlitwy. Na szczęście nawet najbardziej radykalni pod względem religii mieszkańcy Południowej Wyspy raczej nie wywoływali zamieszek z powodu takich drobiazgów. Stojący w rzędzie Radni zrobili krok naprzód, by zająć miejsce opuszczone przez skarbnika.
Dopiero teraz Dart zauważył stojącego nieopodal Roddy’ego Tranquila wraz ze swoją opiekunką, Maycee. Dziwne, że pozwolili zwykłej służce aż tak bardzo zbliżyć się do przedstawicieli państwa, ale pewnie umożliwiono jej to ze względu na młody wiek Księcia i jego usilne prośby. Tymczasem chłopiec płakał, patrząc przez załzawione oczy na martwe ciało ojca. Starsza kobieta obejmowała go, a on rozpaczał nad śmiercią drugiego już rodzica w swoim krótkim życiu. Został sam jak palec. Dziedzic, następca tronu Południowej Wyspy, otoczony przez pijawki i ludzi zdolnych do wszystkiego, byle tylko wyjeść jak najwięcej z koryta.
Sanguis Bin przysunął się lekko do Darta, a Dowódca powitał go uśmiechem.
- Już myślałem, że Kaster nigdy nie skończy tego słodkiego przemówienia – mruknął do starego przyjaciela.
- Zapewne wkrótce przyjdzie nam przysiąc mu posłuszeństwo – stwierdził poważnie Sanguis. – Radziłbym ci więc ograniczyć drwiny z Jego Królewskiej Mości.
- Jak bardzo? – zadrwił Harfold. – Trochę wystarczy?
Uczony chrząknął krótko, markując delikatny uśmiech.
Bird Fortis wreszcie skończył długą i gorliwą modlitwę, a kolejka znowu przesunęła się do przodu. Tym razem przy ciele Króla klęknął Karchis Clumser, długowieczny Zarządca Prawa Południowej Wyspy. Niestety, w jego przypadku długowieczność miała głównie zły wpływ na stan zarówno psychiczny, jak i fizyczny. Staruszek był powolny, wynędzniały i niewyobrażalnie wręcz pobłażliwy. Długa siwa broda sięgała mu prawie do połowy tułowia i musiał uważać, żeby o nią nie zaczepić podczas ucałowania królewskich szat.
- Nie sądzisz, że wczorajszej nocy przesadziłeś? – zapytał Sanguis, po tym jak mijający ich Fortis rzucił Dartowi krótkie, lękliwe spojrzenie i opuścił wzrok. – Bird z pewnością nigdy o tym nie zapomni, a trzeba pamiętać, że jest członkiem bodaj drugiej najbardziej wpływowej rodziny na Południowej Wyspie.
- Nie obawiam się rodów, których głowami są ludzie bojący się własnego cienia – prychnął Harfold. – Jak to teraz mówią na Fortisa? Łysy wróbel?
- Mimo wszystko jego władza sięga daleko – odparł. – Jest ściśle związany z dynastią królewską dzięki ślubowi córki z Kendrianem Tranquilem.
- Jego władza sięgała daleko – podkreślił Dart, tymczasem Karchis powoli odszedł od grobu. Zastąpił go Leech Quinn, Informator, a przy okazji naprawdę rzadki widok na spotkaniach Rady. Mężczyzna wolał unikać jakichkolwiek oficjalnych zebrań albo zgrupowań, był bardzo tajemniczy i zamknięty w sobie, ale jak widać uznał pogrzeb króla za wystarczająco ważny, żeby się na nim pojawić. Ostre rysy twarzy i liczne blizny skrywał pod czarnym chaperonem, z którym nigdy się nie rozstawał. Z ubioru także w niczym nie przypominał Członka Rady. Zamiast wystawnych zbroi, przywdziewał bowiem brudne, ciemne szaty pełne najprzeróżniejszych pasków i pochew wypełnionych wszelkiego rodzaju bronią białą, głównie krótką. Jednak Harfold mógł się założyć, że pod tymi łachmanami Quinn ukrywał wyjątkowo solidną kolczugę. – I uległa skróceniu wraz ze śmiercią Kendriana. Żeby Bird ponownie zyskał tak ogromne wpływy, jego druga córka musiałaby wyjść za następcę Króla, którym zostanie zapewne Kaster, a obaj dobrze wiemy, jakie skłonności ma Namiestnik.
Na tych słowach zakończył rozmowę, przynajmniej na chwilę. Będąc pierwszym w kolejce do złożenia hołdu zmarłemu, nie wypada dyskutować z przyjacielem. Już pomijając sam nietakt, Dart musi od teraz mieć się na baczności. Nowy władca, nowe zasady.
Kiedy Leech Quinn ustąpił mu miejsca, Harfold niespiesznie podszedł do ciała, po czym wyciągnął miecz, wbił go w ziemię i upadł na jedno kolano, trzymając głowę nisko. Wypowiedział pod nosem słowa przysięgi i zakończył je ucałowaniem strzępka szaty Kendriana. Następnie podniósł się, włożył broń do pochwy, wykonał lekki ukłon i wystąpił z kolejki. Skierował się w stronę tłumu najbardziej wpływowych osób w królestwie, do jakiego tradycyjnie dołączali Członkowie Rady. Bądź co bądź, przynależność do grupy ludzi najbliższych władcy pozwalała na zadawanie się z takimi znakomitościami.
Mimo wszystko Dart Harfold nigdy za specjalnie nie wykorzystywał tego typu okazji. Nie czuł się w towarzystwie fałszywych pochlebców i pyszałkowatych bogaczy tak swobodnie, jak Kaster Tranquil czy Rodent Kersey. Był kimś pomiędzy Birdem Fortisem, zagubionym, ze sztucznym uśmiechem, ale jednak okrążonym przez żałosne płazy a Leechem Quinnem, który w niewiadomy sposób rozpłynął się w powietrzu tuż po złożeniu hołdu.
W końcu oficjalna ceremonia pogrzebowa dobiegła końca. Tłum przesunął się trochę dalej, by ustąpić miejsca pospólstwu, strażnicy okrążyli zaś grób. Nie można było pozwolić na zbeszczeszczenie zwłok władcy przez jakiegoś niepełnosprawnego intelektualnie fanatyka, dlatego straż miała pozwolenie na użycie siły w przypadku agresywnych prób dostania się do ciała.
Sanguis wypatrzył wśród ludzi Darta i powoli skierował się w kierunku mężczyzny. Dowódca zebrał z tacy niesionej przez służącego dwa kielichy wina, a kiedy Wielki Uczony do niego dołączył, podał mu jego przydział.
- Widziałeś gdzieś Leecha? – zagadnął Harfold. – Zniknął mi z oczu tuż po honorowaniu.
- Mówisz, jakby cię to dziwiło – odparł z uśmiechem Sanguis. – Wszyscy wiemy, jaki jest Quinn. To człowiek-zagadka, chadzający własnymi ścieżkami. Założę się, że jeszcze dzisiaj osoby, którzy potajemnie świętowały śmierć Króla, zasną na zawsze w niewyjaśnionych okolicznościach.
Dart wzruszył ramionami.
- Skoro już się pojawił, to mógłby zostać chociaż na chwilę.
- Wracając do wczorajszej nocy – zmienił temat mędrzec – czyżby twardy Dart Harfold, ta bezlitosna, nieprzekraczalna granica muru, nagle zatroszczyła się o małą, nieświadomą sytuacji sierotę, nie widząc w śmierci Króla żadnych korzyści dla siebie?
Dowódca zmierzył go surowym wzrokiem.
- Nie osądzaj mnie pochopnie, przyjacielu. To, że spokojne życie Roddy’ego Tranquila nie jest moim jedynym celem, nie oznacza, że nie zależy mi na Księciu.
- Nie to miałem na myśli, oczywiście – zaczął gwałtownie zaprzeczać Sanguis. – Po prostu myślę, że w całej tej sytuacji widzisz też szansę na wyniesienie nazwiska Harfold jeszcze wyżej, wyżej niż którykolwiek z twoich przodków byłby w stanie sobie wyobrazić.
- Możliwe – odparł Dart i upił trochę wina, rozglądając się bystrymi oczami po otoczeniu. Akurat przyłapał Fortisa na dyskretnej ucieczce z kółka fałszywych przyjaciół, którzy otoczyli go niczym pasożyty. Drobny Radny natychmiast popędził w stronę swojej żony i córki pogrążonych w rozmowie, byle jak najdalej od pochlebców. – Powiedz mi szczerze, Sanguisie, czy widzisz we mnie kogoś, kto nadaje się na władcę? Kogoś, kto byłby w stanie sięgnąć po koronę?
Bin uśmiechnął się delikatnie, jak zwykł, kiedy przyznawał innym rację.
- Twój ojciec był zwykłym średniej klasy rycerzem. Ty zaś niemalże z zerowej pozycji awansowałeś podczas Wielkiej Wojny najpierw na stanowisko kapitana, później przyznano ci tytuł lordowski, a kiedy walki dobiegły końca, Kendrian Tranquil mianował cię Dowódcą Sił Wojskowych Południowej Wyspy. Myślisz, że po takich osiągnięciach mógłbym jeszcze w ciebie wątpić?
Dart chciał pociągnąć temat, ale zauważył zbliżającego się do nich Clumsera, więc uciszył wyrywające się z ust słowa łykiem wina. Dotarcie staruszka do dwójki Radnych trwało długą chwilę – na stare lata mężczyzna poruszał się niezwykle ociężale i dokładnie sprawdzał ziemię pod stopami drewnianą laską.
- Witajcie, przyjaciele – zaczął, ukazując swój niepełny uśmiech. – Piękną mamy dziś pogodę, nieprawda?
- Prawda, prawda – przytaknął Sanguis. – Szkoda tylko, że okoliczności tak nieszczęśliwe.
- Zaiste, choć rzekłbym, że śmierć ta nie była tak przykra i gwałtowna, jak gdyby Król Kendrian Pasterz zginął na polu bitwy. Władcę od dłuższego czasu męczyła paskudna choroba, ledwo co poruszał się o własnych siłach. Bez wątpienia Pan Ziemi zesłał na niego w ten sposób wybawienie.
Dart miał nieco odmienne zdanie na temat tego typu darów od bogów, ale oczywiście zachował je dla siebie.
- A co myślicie o grobie Króla, przyjaciele? – zapytał Zarządca Prawa. – To jeden z tych zbudowanych jeszcze za czasów ojca Kendriana, Katrisa III Tranquila. Płyty kosztowały go ogromne ilości pieniędzy, ale wtedy Południowa Wyspa była andryjskim gigantem pod względem ilości eksportowanych owoców, zrobiono je więc z czystego złota.
- Nawet sam Król nie byłby w stanie wskazać lepszego miejsca na swój pochówek – powiedział z uśmiechem Sanguis. – Spoczął obok przodków w chwale, uwielbiany przez rodaków.
- Mądre słowa, przyjacielu – poparł go Karchis. – Pamiętam jeszcze, jak Kendrian przejmował władzę po swoim zmarłym ojcu. Był zagubionym, ale mądrym i pewnym siebie osiemnastolatkiem, któremu nikt nie dawał…
Dart w pewnym momencie po prostu wyłączył się z rozmowy. Słowa Clumsera od zawsze go nudziły i wielokrotnie przyłapał się na przysypianiu podczas monologów starca. Dobrze, że Zarządca nie był tak bystry jak kiedyś, bo bez wątpienia uznałby zachowanie Harfolda za zniewagę i stracił szacunek do Dowódcy. A chociaż mężczyźnie nieszczególnie zależało na reputacji w oczach Karchisa, to wolał jednak ograniczać liczbę wrogów do absolutnego minimum.
Niemniej teraz Darta nie bardzo obchodziło czyjeś zdanie, bo wypatrzył w tłumie znacznie ważniejszą osobę. Skupił całą swoją uwagę na obserwacji poczynań Rodenta Kerseya. Bogacz właśnie dołączył do Kastera Tranquila i niby przypadkiem zaczął rozmowę, która po chwili przerodziła się w ożywioną dyskusją pełną sztucznych grymasów smutku i klepnięć po plecach. Najgorsze było w tym to, że tylko Harfold zachował odporność na urok mężczyzny, tylko on widział, jak wielkim pozerem jest Kersey. Pozostali, włącznie z Namiestnikiem, zazwyczaj łapczywie łykali jego pochlebstwa i fałszywe komplementy. Dosłownie jedli mu z tacy.
Cel działań Rodenta w dużej mierze przypominał ten przyświecający Harfoldowi – wspiąć się na sam szczyt. Tylko że Dart wcześniej podchodził do brata Króla w sposób dosyć lekceważący, podczas gdy bogacz cały czas znajdował się blisko niego. Zaś teraz brat Króla rozmyślał już zapewne o swojej koronacji, a jego fałszywy przyjaciel uśmiechał się w myślach, podziwiając pierwsze zwycięstwo. Jeśli ktoś mógł przeszkodzić Dowódcy w sięgnięciu po koronę, to z pewnością była nim osoba, która posłała mu przed chwilą jadowicie słodkie spojrzenie. Rodent Kersey.

sobota, 19 kwietnia 2014

Prolog. Bird Fortis

Bird Fortis przecinał zamkowe korytarze niczym strzała, niemalże pędząc w kierunku celu swojej wędrówki. Co zakręt oglądał się nerwowo wokół siebie, kilkukrotnie cudem unikając upadku spowodowanego nieuwagą. Zmysły mężczyzny płatały mu figle, nieustannie przekonując go o byciu obserwowanym, choć sam dobrze wiedział, że to niemożliwe. Nikt o zdrowych zmysłach nie szpieguje ludzi wewnątrz królewskiej posiadłości, zwłaszcza w tak późnych godzinach. Dawno nie był tak zdenerwowany, jak dzisiaj, jednak tym razem miał chociaż dobry powód. Ludzie zwykli drwić z jego nadmiernej emocjonalności i wreszcie w duchu nie przyznawał im racji.
Przez przypadek dopadł do nieodpowiednich drzwi i po otwarciu ujrzał ciemny dziedziniec oświetlany wyłącznie przez kilkanaście pojedynczych świateł lamp naftowych, należących do patrolujących teren strażników. Czym prędzej zamknął wrota i jak oparzony wskoczył z powrotem do środka. Serce biło mu z niewyobrażalną prędkością na myśl o tym, że w ciągu krótkiej chwili mógł zdradzić się nieprzyjaznym oczom. Musi skupić się na zadaniu. Moment nieostrożności odbije się nie tylko na nim, ale i na całym królestwie.
W końcu znalazł się w szukanym miejscu. Szybkim krokiem doszedł do dwójki wojowników, wpatrujących się w niego podejrzliwie swoimi ciemnymi, jak wszystko dookoła, oczami i cicho, prawie szeptem, zwrócił się do jednego z nich:
- Przekażcie swojemu panu, że czeka na niego lord Bird Fortis. Sprawa niecierpiąca zwłoki, bez względu na porę dnia. – Górujący nad nim zarówno wzrostem, jak i sylwetką, strażnik zmierzył go z góry na dół srogim spojrzeniem, ale posłusznie wślizgnął się do środka pomieszczenia, by przekazać wiadomość pracodawcy. Drugi tymczasem powoli ustawił się pomiędzy drzwiami, a przybyszem, na swój sposób prosząc członka Rady o cofnięcie się.
Kamienne ściany budynku odbijały światło bijące z płomieni, tworząc intrygujący, połyskliwy efekt. Normalnie pewnie Bird zachwycałby się nad pięknem zamkowych ścian o tej porze dnia, ale w obecnym stanie kojarzyły mu się wyłącznie z niebezpieczeństwem. Własny umysł wmawiał mężczyźnie, że mur połyskuje krwią zmarłych w okolicznych komnatach osób, do których może wkrótce dołączyć, o ile tylko popełni jeden, niewielki błąd…
Po dłuższej chwili, jaka dla Birda zdawała się być wiecznością, drzwi pokoju ponownie otwarły się i na zewnątrz wyszedł strażnik. Kiwnął głową w stronę lorda, dając mu pozwolenie na wstąpienie do środka. Radny z nerwów wymamrotał coś w rodzaju podziękowań i minął mieczników.
Izba wystrojona była skromnie, co nie stanowiło dla mężczyzny żadnej niespodzianki. Lata młodości jej właściciela, Sanguisa Bina, prawdopodobnie najbliższego doradcy króla, minęły już jakiś czas temu, a nawet wtedy skromność należała do najbardziej typowych dla niego cech. Oprócz pokaźnych rozmiarów biblioteki, pomieszczenie nie raziło przepychem adekwatnym do majątku gospodarza. Ot, normalne, choć jednocześnie na swój dziwny sposób dostojne, mieszkanie, jakie mógł posiąść zwykły średniozamożny mieszczanin.
Drzwi prowadzące na balkon były uchylone, a do środka wpadał przyjemnie zimny wiatr. Niewiele myśląc, Bird podszedł do nich i zaczerpnął świeżego powietrza głęboko do płuc. Napięcie nagrzało jego organizm do wystarczającego stopnia, żeby każdy świeży powiew stanowił dla mężczyzny to, co łyk wody dla konającego z pragnienia.
- Chciałeś mnie widzieć, lordzie Fortis? – usłyszał za plecami głos. Gwałtownie odwrócił się i zobaczył lekko uśmiechniętego staruszka, przyglądającego mu się z progu wejścia do pokoju obok.
- Tak, tak, oczywiście – powiedział lekko zakłopotany Bird i szybko odskoczył od balkonu. – Przepraszam za późną porą, ale chodzi tu o sytuację wyjątkową, tfu!, to za lekkie słowo. Chodzi tu o sytuację wagi państwowej! – zakrzyknął, podkreślając znaczenie problemu uniesionym palcem.
- Więc słucham – odparł Sanguis, podchodząc powoli do fotela i siadając na nim. – Możesz kontynuować.
Fortis zagryzł wargę, wciąż zbyt zdenerwowany, by zacząć spokojnie rozmowę.
- Tylko wie pan, Mistrzu Bin… to musi zostać między nami, dopóki nie będziemy mieli pewności co do realizacji celu.
- Nie kłopocz się tym, lordzie Fortis. Informacje, których mi udzielisz, nie wyjdą poza ramy tego pomieszczenia.
- Nie o to chodzi, to nie jest żadna tajemnica! – momentalnie zaczął zaprzeczać Bird, wymachując groteskowo rękoma. – Jeszcze Mistrz pomyśli, że ma do czynienia ze spiskowcem! Nic z tych rzeczy… Po prostu to bardzo nietypowa sytuacja. Gdyby informacje, jakie posiadam, wpadły w niepowołane ręce, mogłoby dojść do naprawdę złych rzeczy. Otóż… Ech, nie wiem nawet, od czego zacząć. Lepiej niech Mistrz sam się z tym zapozna.
Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki mocno pognieciony rulon papieru i podszedł do Wielkiego Uczonego, by mu go przekazać. Sanguis z lekkim uśmieszkiem na ustach wyjął z drżących rąk Fortisa przedmiot i niespiesznie rozwinął notkę. Jednak po chwili, w miarę zapoznawania się z tekstem, uśmiech coraz bardziej malał, aż w końcu całkowicie zniknął zastąpiony przez zupełną powagę. Kiedy skończył czytać, oddał rulon Birdowi i zajrzał mu głęboko w oczy.
- Czy Król Kendrian nie żyje?
Lord pokiwał głową, a Mistrz Bin westchnął ciężko, opuszczając wzrok.
- Zmarł dzisiaj w nocy, zaledwie kilkadziesiąt minut temu, wymęczony chorobą – zaczął. – Byłem przy nim przez cały ten czas, poprosił mnie o to… Poprosił mnie też, żebym spisał jego ostatnią wolę jako najbliższy członek rodziny od strony zmarłej damy Króla a mojej córki.
- Mianował swoim następcą syna, Roddy’ego Tranquila – powiedział Sanguis, powoli wypowiadając słowa. – Ale to niemożliwe, żeby chłopiec przejął władzę. Ma siedem lat, jest stanowczo za młody.
- Jak to niemożliwe? – oburzył się Bird. – Wola Króla Kendriana Pasterza to rzecz święta. Jeśli zechciał, by jego syn pokierował królestwem, to znaczy, że miał powody, żeby sądzić, że jest na to gotowy. Mój zięć zawsze podejmował właściwe decyzje. Poza tym ślubowaliśmy mu wierność. Z całym szacunkiem, ale to, o czym mówisz, Mistrzu Bin, jest zdradą i krzywoprzysięstwem.
- Sanguis ma rację – zagrzmiał inny głos, niższy niż pozostałe dwa, dobiegający z wnętrza pokoju, z którego wyszedł Wielki Uczony. Fortis spojrzał zaskoczony w tamtym kierunku, a po chwili ujrzał wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę, przyglądającego mu się za pomocą bystrych, brązowych oczu. Ubrany był w niepełną zbroję, jak przystało na Dowódcę Sił Wojskowych Południowej Wyspy w cywilu. Ręce trzymał splecione na rękojeści miecza, nie po to, by walczyć, lecz po to, by podkreślić swoje umiejętności. – Chłopak jest za młody na samodzielne rządy.
- Lordzie Harfold – zdziwił się Bird, a do jego spojrzenia powoli zaczęło wkradać się przerażenie. – Co pan tu robi?... Mistrzu Bin… Mistrz twierdził, że jesteśmy tu sami.
- Nic takiego nie powiedziałem – odparł spokojnie Sanguis. – Rzekłem tylko, że informacje, jakich mi udzielisz, nie wyjdą poza ramy tego pomieszczenia. A Dart był moim gościem, jeszcze zanim się tu zjawiłeś.
- Spokojnie, Fortis. Wierz mi, ta tajemnica mogła dotrzeć do znacznie gorszych uszu niż moje. Powiedziałbym nawet, że lepiej trafić nie mogłeś. Z pominięciem Sanguisa, oczywiście.
Bird przełknął głośno ślinę i jakby trochę zmalał. Kiedy wreszcie doszedł do siebie, zaczął ponownie:
- Panowie, musimy spełnić ostatnią wolę naszego Króla. Kendrian postanowił posadzić na tronie swojego syna, dlatego…
- Młody Tranquil nie dostanie korony – przerwał mu Harfold, przewracając oczami. – Nie teraz. Gdy dorośnie, z pewnością, ale aktualnie ma siedem lat.
- Czy muszę powtarzać, że… - znowu oburzył się Fortis, ale i tym razem słowa Darta zagłuszyły jego:
- Nie, nie musisz. Zrozumieliśmy za pierwszym razem. Teraz jednak pozwól, że ja ci coś wyjaśnię. Co się dzieje w momencie śmierci Króla?
Bird zdziwił się pytaniem, lecz postanowił zachować powagę i tonem, jaki miał zapewne wytknąć rozmówcy niewiedzę, powiedział:
- Wtedy jego prawowity następca przejmuje władzę.
- Masz rację, przejmuje – odparł z uśmiechem. – Jednakże tylko wtedy, kiedy jest wystarczająco silny i bystry, żeby pokonać swoich przeciwników. W momencie kiedy ludzie usłyszą, że siedmiolatek zasiądzie na tronie, jak myślisz, ile czasu upłynie, zanim ktoś zdecyduje się pozbyć tej małej przeszkody?
- Władcy chroni Gwardia Królewska – powiedział z przekonaniem Fortis.
- Nie umniejszam umiejętności Gwardzistów, wręcz przeciwni - są to najlepsi żołnierze na Południowej Wyspie. Część z nich wybrałem zresztą samemu. Ale powiedz, czy ty naprawdę myślisz, że Roddy Tranquil zostanie zaatakowany za pomocą armii? Nie, umrze we śnie, zasztyletowany przez niewidzialnego skrytobójcę albo otruty na własnym przyjęciu. A chłopak nawet nie będzie miał pojęcia o tym, że cokolwiek mu zagraża.
- Takie są fakty, lordzie Fortis – stwierdził Sanguis. – Jeśli nie chcemy, żeby chłopak także zginął, musimy zataić testament Kendriana.
- O, nie! – Gwałtownie kiwał przecząco głową Bird. – Nie zamierzam w tym brać udziału! To zdrada! Nic innego niż zdrada! Nie to przysięgałem uroczyście Królowi, kiedy żenił się z moją córką, kiedy mianował mnie Zarządcą Skarbu Państwa!
- Nie musisz w tym brać udziału – wyjaśnił Dart. – Nikt cię nie zmusza. Wystarczy, że będziesz siedział cicho, tak jak i my zamierzamy.
Fortis odchylił marynarkę i drżącą ręką zaczął grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu świstka. W końcu wyciągnął testament i triumfalnie wyciągnął go w stronę dwójki mężczyzn, z szaleńczym uśmiechem na ustach świdrując ich spojrzeniem.
- Właśnie na tym papierze zapisałem ostatnią wolę mojego pana i dopóki moc testamentu nie wygaśnie, spełnię jego prośbę, choćby i ci wszyscy zabójcy, o których wspominałeś, ścigali mnie nocami.
Lord Harfold spojrzał ze znudzeniem na trzymany przez niego dokument. Przez chwilę po prostu się przyglądał. Jednak w pewnym momencie zrobił błyskawiczny wypad do przodu, wyrwał Birdowi rulon z ręki i zanim ten zdążył się zorientować, podszedł do kominka, by wrzucić go w płomienie. Fortis zawył niczym zarzynane prosię i skoczył, ale Dart bez trudu przechwycił mężczyznę w locie i przycisnął plecami do piersi, przykładając mu sztylet do szyi. Skarbnik jęknął płaczliwie, gdy poczuł zimne ostrze na swojej skórze i momentalnie znieruchomiał. Ogień tymczasem tańczył wesoło, pożerając słowa Króla Południowej Wyspy.
- Ty chyba nie pojmujesz powagi sytuacji, Fortis – wycedził mu do ucha Harfold. – Nie zamierzam płacić krwią niewinnego dziecka za twoją głupotę. Skoro nie potrafiłeś tego zrozumieć, taki krok był konieczny. Teraz przynajmniej nikt nie będzie musiał ginąć, żeby twój gówniany honor nie spłynął ściekami.
- Ty… ty… - jąkał się Bird, patrząc z przerażeniem na niknący na zawsze testament.
- Ja właśnie uratowałem komuś życie – powiedział Dart i puścił mężczyznę, a sztylet umieścił z powrotem w pochwie. – Może kiedyś to pojmiesz.
Zarządca Skarbu wciąż patrzył żałośnie na prowadzący bezwzględną dyktaturę w kominku ogień. Wyglądał, jakby miał zamiar się zaraz popłakać.
- Myślę, że na ciebie już czas, lordzie Fortis – przerwał ciszę Sanguis.
- Masz rację, Mistrzu Bin… Nic tu po mnie – westchnął ciężko Bird, odwrócił wzrok od płomieni i skierował się w stronę wyjścia.
Nie oglądając się do tyłu ani nie żegnając się w jakikolwiek inny sposób z Harfoldem, wyszedł z mieszkania i zatrzasnął za sobą drzwi. Minął strażników, przechodząc tak blisko, że mogliby nawet uznać to za podejrzane. Następnie ruszył powoli w kierunku wieży, w jakiej rezydował. W miarę kolejnych kroków coraz bardziej tracił ten chwilowy skok pewności siebie. Drżąc z przerażenia typowego dla chwil, w których robi się coś złego, wracał tak nerwowy, jak nigdy dotąd. Żadne ze słów Dowódcy go nie przekonało. Był pewien tylko jednego.
Nadchodzą ciężkie czasy dla Południowej Wyspy.