sobota, 19 kwietnia 2014

Prolog. Bird Fortis

Bird Fortis przecinał zamkowe korytarze niczym strzała, niemalże pędząc w kierunku celu swojej wędrówki. Co zakręt oglądał się nerwowo wokół siebie, kilkukrotnie cudem unikając upadku spowodowanego nieuwagą. Zmysły mężczyzny płatały mu figle, nieustannie przekonując go o byciu obserwowanym, choć sam dobrze wiedział, że to niemożliwe. Nikt o zdrowych zmysłach nie szpieguje ludzi wewnątrz królewskiej posiadłości, zwłaszcza w tak późnych godzinach. Dawno nie był tak zdenerwowany, jak dzisiaj, jednak tym razem miał chociaż dobry powód. Ludzie zwykli drwić z jego nadmiernej emocjonalności i wreszcie w duchu nie przyznawał im racji.
Przez przypadek dopadł do nieodpowiednich drzwi i po otwarciu ujrzał ciemny dziedziniec oświetlany wyłącznie przez kilkanaście pojedynczych świateł lamp naftowych, należących do patrolujących teren strażników. Czym prędzej zamknął wrota i jak oparzony wskoczył z powrotem do środka. Serce biło mu z niewyobrażalną prędkością na myśl o tym, że w ciągu krótkiej chwili mógł zdradzić się nieprzyjaznym oczom. Musi skupić się na zadaniu. Moment nieostrożności odbije się nie tylko na nim, ale i na całym królestwie.
W końcu znalazł się w szukanym miejscu. Szybkim krokiem doszedł do dwójki wojowników, wpatrujących się w niego podejrzliwie swoimi ciemnymi, jak wszystko dookoła, oczami i cicho, prawie szeptem, zwrócił się do jednego z nich:
- Przekażcie swojemu panu, że czeka na niego lord Bird Fortis. Sprawa niecierpiąca zwłoki, bez względu na porę dnia. – Górujący nad nim zarówno wzrostem, jak i sylwetką, strażnik zmierzył go z góry na dół srogim spojrzeniem, ale posłusznie wślizgnął się do środka pomieszczenia, by przekazać wiadomość pracodawcy. Drugi tymczasem powoli ustawił się pomiędzy drzwiami, a przybyszem, na swój sposób prosząc członka Rady o cofnięcie się.
Kamienne ściany budynku odbijały światło bijące z płomieni, tworząc intrygujący, połyskliwy efekt. Normalnie pewnie Bird zachwycałby się nad pięknem zamkowych ścian o tej porze dnia, ale w obecnym stanie kojarzyły mu się wyłącznie z niebezpieczeństwem. Własny umysł wmawiał mężczyźnie, że mur połyskuje krwią zmarłych w okolicznych komnatach osób, do których może wkrótce dołączyć, o ile tylko popełni jeden, niewielki błąd…
Po dłuższej chwili, jaka dla Birda zdawała się być wiecznością, drzwi pokoju ponownie otwarły się i na zewnątrz wyszedł strażnik. Kiwnął głową w stronę lorda, dając mu pozwolenie na wstąpienie do środka. Radny z nerwów wymamrotał coś w rodzaju podziękowań i minął mieczników.
Izba wystrojona była skromnie, co nie stanowiło dla mężczyzny żadnej niespodzianki. Lata młodości jej właściciela, Sanguisa Bina, prawdopodobnie najbliższego doradcy króla, minęły już jakiś czas temu, a nawet wtedy skromność należała do najbardziej typowych dla niego cech. Oprócz pokaźnych rozmiarów biblioteki, pomieszczenie nie raziło przepychem adekwatnym do majątku gospodarza. Ot, normalne, choć jednocześnie na swój dziwny sposób dostojne, mieszkanie, jakie mógł posiąść zwykły średniozamożny mieszczanin.
Drzwi prowadzące na balkon były uchylone, a do środka wpadał przyjemnie zimny wiatr. Niewiele myśląc, Bird podszedł do nich i zaczerpnął świeżego powietrza głęboko do płuc. Napięcie nagrzało jego organizm do wystarczającego stopnia, żeby każdy świeży powiew stanowił dla mężczyzny to, co łyk wody dla konającego z pragnienia.
- Chciałeś mnie widzieć, lordzie Fortis? – usłyszał za plecami głos. Gwałtownie odwrócił się i zobaczył lekko uśmiechniętego staruszka, przyglądającego mu się z progu wejścia do pokoju obok.
- Tak, tak, oczywiście – powiedział lekko zakłopotany Bird i szybko odskoczył od balkonu. – Przepraszam za późną porą, ale chodzi tu o sytuację wyjątkową, tfu!, to za lekkie słowo. Chodzi tu o sytuację wagi państwowej! – zakrzyknął, podkreślając znaczenie problemu uniesionym palcem.
- Więc słucham – odparł Sanguis, podchodząc powoli do fotela i siadając na nim. – Możesz kontynuować.
Fortis zagryzł wargę, wciąż zbyt zdenerwowany, by zacząć spokojnie rozmowę.
- Tylko wie pan, Mistrzu Bin… to musi zostać między nami, dopóki nie będziemy mieli pewności co do realizacji celu.
- Nie kłopocz się tym, lordzie Fortis. Informacje, których mi udzielisz, nie wyjdą poza ramy tego pomieszczenia.
- Nie o to chodzi, to nie jest żadna tajemnica! – momentalnie zaczął zaprzeczać Bird, wymachując groteskowo rękoma. – Jeszcze Mistrz pomyśli, że ma do czynienia ze spiskowcem! Nic z tych rzeczy… Po prostu to bardzo nietypowa sytuacja. Gdyby informacje, jakie posiadam, wpadły w niepowołane ręce, mogłoby dojść do naprawdę złych rzeczy. Otóż… Ech, nie wiem nawet, od czego zacząć. Lepiej niech Mistrz sam się z tym zapozna.
Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki mocno pognieciony rulon papieru i podszedł do Wielkiego Uczonego, by mu go przekazać. Sanguis z lekkim uśmieszkiem na ustach wyjął z drżących rąk Fortisa przedmiot i niespiesznie rozwinął notkę. Jednak po chwili, w miarę zapoznawania się z tekstem, uśmiech coraz bardziej malał, aż w końcu całkowicie zniknął zastąpiony przez zupełną powagę. Kiedy skończył czytać, oddał rulon Birdowi i zajrzał mu głęboko w oczy.
- Czy Król Kendrian nie żyje?
Lord pokiwał głową, a Mistrz Bin westchnął ciężko, opuszczając wzrok.
- Zmarł dzisiaj w nocy, zaledwie kilkadziesiąt minut temu, wymęczony chorobą – zaczął. – Byłem przy nim przez cały ten czas, poprosił mnie o to… Poprosił mnie też, żebym spisał jego ostatnią wolę jako najbliższy członek rodziny od strony zmarłej damy Króla a mojej córki.
- Mianował swoim następcą syna, Roddy’ego Tranquila – powiedział Sanguis, powoli wypowiadając słowa. – Ale to niemożliwe, żeby chłopiec przejął władzę. Ma siedem lat, jest stanowczo za młody.
- Jak to niemożliwe? – oburzył się Bird. – Wola Króla Kendriana Pasterza to rzecz święta. Jeśli zechciał, by jego syn pokierował królestwem, to znaczy, że miał powody, żeby sądzić, że jest na to gotowy. Mój zięć zawsze podejmował właściwe decyzje. Poza tym ślubowaliśmy mu wierność. Z całym szacunkiem, ale to, o czym mówisz, Mistrzu Bin, jest zdradą i krzywoprzysięstwem.
- Sanguis ma rację – zagrzmiał inny głos, niższy niż pozostałe dwa, dobiegający z wnętrza pokoju, z którego wyszedł Wielki Uczony. Fortis spojrzał zaskoczony w tamtym kierunku, a po chwili ujrzał wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę, przyglądającego mu się za pomocą bystrych, brązowych oczu. Ubrany był w niepełną zbroję, jak przystało na Dowódcę Sił Wojskowych Południowej Wyspy w cywilu. Ręce trzymał splecione na rękojeści miecza, nie po to, by walczyć, lecz po to, by podkreślić swoje umiejętności. – Chłopak jest za młody na samodzielne rządy.
- Lordzie Harfold – zdziwił się Bird, a do jego spojrzenia powoli zaczęło wkradać się przerażenie. – Co pan tu robi?... Mistrzu Bin… Mistrz twierdził, że jesteśmy tu sami.
- Nic takiego nie powiedziałem – odparł spokojnie Sanguis. – Rzekłem tylko, że informacje, jakich mi udzielisz, nie wyjdą poza ramy tego pomieszczenia. A Dart był moim gościem, jeszcze zanim się tu zjawiłeś.
- Spokojnie, Fortis. Wierz mi, ta tajemnica mogła dotrzeć do znacznie gorszych uszu niż moje. Powiedziałbym nawet, że lepiej trafić nie mogłeś. Z pominięciem Sanguisa, oczywiście.
Bird przełknął głośno ślinę i jakby trochę zmalał. Kiedy wreszcie doszedł do siebie, zaczął ponownie:
- Panowie, musimy spełnić ostatnią wolę naszego Króla. Kendrian postanowił posadzić na tronie swojego syna, dlatego…
- Młody Tranquil nie dostanie korony – przerwał mu Harfold, przewracając oczami. – Nie teraz. Gdy dorośnie, z pewnością, ale aktualnie ma siedem lat.
- Czy muszę powtarzać, że… - znowu oburzył się Fortis, ale i tym razem słowa Darta zagłuszyły jego:
- Nie, nie musisz. Zrozumieliśmy za pierwszym razem. Teraz jednak pozwól, że ja ci coś wyjaśnię. Co się dzieje w momencie śmierci Króla?
Bird zdziwił się pytaniem, lecz postanowił zachować powagę i tonem, jaki miał zapewne wytknąć rozmówcy niewiedzę, powiedział:
- Wtedy jego prawowity następca przejmuje władzę.
- Masz rację, przejmuje – odparł z uśmiechem. – Jednakże tylko wtedy, kiedy jest wystarczająco silny i bystry, żeby pokonać swoich przeciwników. W momencie kiedy ludzie usłyszą, że siedmiolatek zasiądzie na tronie, jak myślisz, ile czasu upłynie, zanim ktoś zdecyduje się pozbyć tej małej przeszkody?
- Władcy chroni Gwardia Królewska – powiedział z przekonaniem Fortis.
- Nie umniejszam umiejętności Gwardzistów, wręcz przeciwni - są to najlepsi żołnierze na Południowej Wyspie. Część z nich wybrałem zresztą samemu. Ale powiedz, czy ty naprawdę myślisz, że Roddy Tranquil zostanie zaatakowany za pomocą armii? Nie, umrze we śnie, zasztyletowany przez niewidzialnego skrytobójcę albo otruty na własnym przyjęciu. A chłopak nawet nie będzie miał pojęcia o tym, że cokolwiek mu zagraża.
- Takie są fakty, lordzie Fortis – stwierdził Sanguis. – Jeśli nie chcemy, żeby chłopak także zginął, musimy zataić testament Kendriana.
- O, nie! – Gwałtownie kiwał przecząco głową Bird. – Nie zamierzam w tym brać udziału! To zdrada! Nic innego niż zdrada! Nie to przysięgałem uroczyście Królowi, kiedy żenił się z moją córką, kiedy mianował mnie Zarządcą Skarbu Państwa!
- Nie musisz w tym brać udziału – wyjaśnił Dart. – Nikt cię nie zmusza. Wystarczy, że będziesz siedział cicho, tak jak i my zamierzamy.
Fortis odchylił marynarkę i drżącą ręką zaczął grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu świstka. W końcu wyciągnął testament i triumfalnie wyciągnął go w stronę dwójki mężczyzn, z szaleńczym uśmiechem na ustach świdrując ich spojrzeniem.
- Właśnie na tym papierze zapisałem ostatnią wolę mojego pana i dopóki moc testamentu nie wygaśnie, spełnię jego prośbę, choćby i ci wszyscy zabójcy, o których wspominałeś, ścigali mnie nocami.
Lord Harfold spojrzał ze znudzeniem na trzymany przez niego dokument. Przez chwilę po prostu się przyglądał. Jednak w pewnym momencie zrobił błyskawiczny wypad do przodu, wyrwał Birdowi rulon z ręki i zanim ten zdążył się zorientować, podszedł do kominka, by wrzucić go w płomienie. Fortis zawył niczym zarzynane prosię i skoczył, ale Dart bez trudu przechwycił mężczyznę w locie i przycisnął plecami do piersi, przykładając mu sztylet do szyi. Skarbnik jęknął płaczliwie, gdy poczuł zimne ostrze na swojej skórze i momentalnie znieruchomiał. Ogień tymczasem tańczył wesoło, pożerając słowa Króla Południowej Wyspy.
- Ty chyba nie pojmujesz powagi sytuacji, Fortis – wycedził mu do ucha Harfold. – Nie zamierzam płacić krwią niewinnego dziecka za twoją głupotę. Skoro nie potrafiłeś tego zrozumieć, taki krok był konieczny. Teraz przynajmniej nikt nie będzie musiał ginąć, żeby twój gówniany honor nie spłynął ściekami.
- Ty… ty… - jąkał się Bird, patrząc z przerażeniem na niknący na zawsze testament.
- Ja właśnie uratowałem komuś życie – powiedział Dart i puścił mężczyznę, a sztylet umieścił z powrotem w pochwie. – Może kiedyś to pojmiesz.
Zarządca Skarbu wciąż patrzył żałośnie na prowadzący bezwzględną dyktaturę w kominku ogień. Wyglądał, jakby miał zamiar się zaraz popłakać.
- Myślę, że na ciebie już czas, lordzie Fortis – przerwał ciszę Sanguis.
- Masz rację, Mistrzu Bin… Nic tu po mnie – westchnął ciężko Bird, odwrócił wzrok od płomieni i skierował się w stronę wyjścia.
Nie oglądając się do tyłu ani nie żegnając się w jakikolwiek inny sposób z Harfoldem, wyszedł z mieszkania i zatrzasnął za sobą drzwi. Minął strażników, przechodząc tak blisko, że mogliby nawet uznać to za podejrzane. Następnie ruszył powoli w kierunku wieży, w jakiej rezydował. W miarę kolejnych kroków coraz bardziej tracił ten chwilowy skok pewności siebie. Drżąc z przerażenia typowego dla chwil, w których robi się coś złego, wracał tak nerwowy, jak nigdy dotąd. Żadne ze słów Dowódcy go nie przekonało. Był pewien tylko jednego.
Nadchodzą ciężkie czasy dla Południowej Wyspy.